Rzeczywistość nieodwołalnie nieskończona

Żyjemy zespawani z czasem i materią. „Stąd-dotąd”, „od teraz do wtedy” et cetera. Skończone i ograniczone są nasze cele, zachcianki, ograniczone jest nasze spojrzenie. I tylko czasem „coś” z nas się wyrywa i krzyczy, choć zamknięte w ciszy, że coś jest nie tak.

Wygnani z Raju, grzeszni, poranieni, wynieśliśmy z niego Jego przeczucie i pragnienie. W naszym wewnętrznym świecie panuje niewyrażalna niczym niezgoda na absolutny koniec. Fakt, ucieczka w stronę myślenia w stylu „po nas zostanie tylko pustka” jest dziś nader głośna i popularna. Niechże jednak tylko uciekinierowi umrze ktoś bliski (ostatnio jest to coraz częściej zwierzątko – znak czasów) a westchnienie pretensji, ale i skrawka nadziei, wędruje gdzieś w nieokreśloną nieskończoność.

Ktoś kiedyś powiedział, że w okopach nie ma ateistów. I to jest prawda, zresztą sam malutkie coś niecoś o tym wiem. Tak trudno jest bowiem zrozumieć, że człowiek, który jeszcze przed chwilą snuł plany, marzenia, miał jakąś pasję o której opowiadał, za kimś (za czymś) tęsknił, zniknął i tak po prostu go nie ma w tym zakrwawionym strzępie, który cieleśnie pozostawił. Dzisiejszemu światu łatwo przychodzi odepchnięcie od siebie myśli ostatecznych, bo usunął sprzed swoich oczu momenty ostateczne. Dziś człowiek woli zabić, aby uprzedzić domniemane cierpienie i uciec od problemu.  Woli  w cierpieniu jak najszybciej umrzeć a jeszcze chętniej pomóc umrzeć cierpiącemu obok, aby uwolnić od bólu nie jego wcale, ale samego siebie. A to właśnie cierpienie otwiera oczy i uaktywnia głos, który zakodowany jest w człowieku w sposób do końca nieusuwalny. Głos, który wcale nie jest psychologicznym mechanizmem, mającym nas oswoić ze śmiercią. Głos, który ze spokojem mówi.

Że jestem wieczny.

3196325022_47135e0cb3_o

Nie skończę się. Nie będzie definitywnej mety w tym biegu. Będę zawsze. Dziś kształtuję sam siebie na wieczność. Dziś wybieram i ze swoim wyborem wyruszam w drogę w Nieskończoność. Z tej perspektywy wszystko jest inne, nabiera innych barw, podstawia zupełnie inny mianownik pod każdy ułamek naszego życia. Zaistniałem, istnieję i bedę istniał bo nie jestem zabawką w ręku Boga, wyrzucaną, gdy się znudzi lub zepsuje. Sami siebie możemy natomiast zepsuć i psujemy na potęgę, dzień po dniu i minuta po minucie, nie chcąc słuchać, nie chcąc zrozumieć, że ta grzeszna autodestrukcja spod znaku „liczy się tu i teraz” sama wystawi nam rachunek, kiedy „teraz” przestanie mieć koniec, bo zaczniemy funkcjonować poza czasem i nasze teraz będzie już zawsze takim samym a jednocześnie nieskończenie dynamicznym „teraz”, które nie będzie mieć końca.

Wystawi nam rachunek, bo nie będzie już „tu”. Moje poranione „ja” spotka się z odwiecznym „Ja” i przejrzy się w nim, jak w zwierciadle, samemu sobie odpowiadając, co zrobiłem, by moje odwieczne „teraz” zostało rozpoznane przez Odwieczne Teraz jako stworzenie, które nie próbowało na siłę zapomnieć o swoim Stwórcy. Nadzieja jest tam, gdzie zawsze, odwiecznie było Teraz. „Jestem, który Jestem”. On jest celem każdego naszego „teraz”. W Nim widzimy siebie naprawdę, bez masek i bez refleksów nieswojego światła.

Oby się nie okazało, że zbyt dużo było ucieczek, zbyt dużo beztroskich wzruszeń ramion i myślenia o wygodzie czubka własnego nosa, aby nasze definitywne „teraz” mogło jeszcze odnaleźć drogę.

„Wtedy oświadczę im: „Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!” Mt 7, 23.

Reklamy